Była piękna jak miasto czyli o „Bogini Partenope”
Sorrentino lubi pięknych ludzi. Lubi też piękne kadry, piękne okoliczności przyrody i piękne pomieszczenia.…

Sorrentino lubi pięknych ludzi. Lubi też piękne kadry, piękne okoliczności przyrody i piękne pomieszczenia. Nic więc dziwnego, że jego „Bogini Partenope” to film w dużym stopniu pięknu poświęcony. Nie jest to pierwsza refleksja reżysera nad naturą tego co piękne, brzydkie, pociągające i odrzucające. Ale tym razem rozgrywa się dużo bliżej domu, bo wszystko rozgrywa się w Neapolu. Mieście tak pięknym, że aż brzydkim.
W największym skrócie „Bogini Partenope” śledzi losy naszej bohaterki, pięknej dziewczyny, która urodziła się w wodach zatoki opływającej Neapol. Dom, w którym się wychowała był szczęśliwy, kochający rodzice, przyjaciele i nieco starszy brat. Brat, który ma na punkcie siostry kazirodczą obsesję. Ale nie ma tu wielkiego dramatu, bo nasza nastoletnia Partenope, nie wydaje się szczególnie tym speszona. Wręcz przeciwnie – chętnie wraz z bratem i przyjacielem ruszy na wakacje na Capri. Cała trójka nie ma grosza przy duszy, ale są piękni, młodzi i mają zamiar znaleźć drogę do łóżek tych, którzy dadzą się im uwieść.
Sama Partenope nie jest tylko piękna, ale też mądra. Na tyle mądra, że na wyspie najbardziej fascynuje ją zapijaczony pisarz, a na studiach natychmiast zyskuje uznanie jednego z najsurowszych profesorów. Jej całe życie (bo oglądamy ją przez kilka dekad) będzie rozpięte pomiędzy akademickimi osiągnięciami a niespodziewanymi drogami, do których zaprowadzi ją jej uroda i beztroska. Ta niewyobrażalnie piękna istota jaką jest nasza bohaterka, spotka bowiem na swojej drodze ludzi, którzy będą chcieli to piękno wykorzystać, albo otworzą swój świat przed kimś kto wydaje im się od nich lepszy, wspanialszy i piękniejszy.
Sorrentino prowadzi naszą bohaterkę do świata filmu (pełnego kobiet, które utraciły swoją urodę), do slumsów Neapolu, nawet przed oblicze kardynała, który jest opiekunem miejscowych relikwii. Partenope bowiem, sama będą cudem, bada antropologicznie zjawiska cudowne, starając się dotrzeć do ich sedna. Ale ważniejszy od cudu skraplającej się krwi będzie kardynał, próbujący uwieść (z powodzeniem) młodą badaczkę, Ważniejsza od biedy ulic Neapolu, będzie przedziwna scena, w których dwie mafijne rodziny zbierają się by zobaczyć jak młodzi z obu rodzin konsumują swój związek, by zakończyć przestępcze spory. Bo Partenope może być bystra i inteligentna, ale u Sorrentino wszystko wraca do cielesności, do tego czym jest oddawanie się innym ludziom, światu i jakie są koszty takiego życia.
Wydawać by się mogło, po tych kilku uwagach, że mamy do czynienia z dziełem ciężkim czy srogim. Nic z tych rzeczy. Włoski reżyser opowiada swoją historię z niesamowitą lekkością, Partenope idzie przez życie przeżywając tragedie, ale nie tracąc swojego uroku i otwartości. Widać, że gdzieś tam reżyser stara się stworzyć pomost pomiędzy życiem dziewczyny a historią samego Neapolu. To piękno wystawiane na ciągłe próby, to kapryśna natura, której nie da się jednoznacznie opisać i uchwycić. To cała masa sprzeczności, wysokie zestawione z niskim, piękne z brzydkim, podniosłe z codziennym. Oczywiście wszystko jest tu przerysowane, nieco odrealnione, skłaniające nas do patrzenia na fabułę raczej w ramach opowieści fantastycznej niż realistycznej. Z resztą sama produkcja w kilku miejscach daje nam dość wyraźnie znać, że choć trudno uznać cały film za realizm magiczny to znajdujemy się bardzo blisko jego granicy.
Tym co mnie w filmie uwiodło jest jego bezkompromisowość. Sorrentino nie próbuje się nam przymilać, stworzyć narracji, która będzie wpisywała się w jasno opisane kino gatunkowe. Nie obchodzi go czy dla nas widzów, ta historia ma sens, czy jej wymowa jest przejrzysta. Dla widza, który nie zna za dobrze historii Włoch i samego Neapolu, na pewno są w tej opowieści elementy, które są nieczytelne czy za słabo zaznaczone. Ale jednocześnie – ta swoboda opowiadania, ta pewność swojego własnego filmowego języka, sprawia, że to jest film, który się fantastycznie ogląda. To nie jest poziom nostalgii i refleksji, którą znajdziemy u Felliniego, ale z włoskim mistrzem łączy Sorrentino ta łatwość opowieści. Jeśli jakaś scena trafi wprost do naszego serca, to zostanie z nami dłużej niż sam film.
Pod pewnymi względami jest to też opowieść bardzo hermetyczna. Odnoszę wrażenie, że wiele wątków, scen czy symboli jest zrozumiałych tylko wtedy, kiedy Neapol nie ma przed nami tajemnic. Ja w tym mieście nigdy nie byłam, znam je tylko z kinematografii i literatury, a to też w ograniczonym zakresie. Jestem jednak w stanie wyczuć, że to jest list miłosny niekoniecznie tego co w samym Neapolu najpiękniejsze, ale właśnie do kontrastów tego miasta, jego nieporządku, ambicji, osadzenia w tym co jest we Włoszech Południowe i co istnieje w kontrze do tego co Północne. Z resztą wyjazd na Północ to właściwie rozpoczęcie zupełnie nowego życia, nie tylko w innym mieście, ale też w innej kulturze. Są w tym filmie rzeczy, które mogą się wydarzyć tylko w Neapolu.
Celeste Della Porta, jako Partenope, jest absolutnie zachwycająca. Ma na to wpływ jej garderoba (współproducentem filmu jest Saint Laurent Production, co widać na ekranie) ale nie tylko. To aktorka niemal debiutująca (nie miała wcześniej tak dużej roli), świeża, młoda i niezaprzeczalnie piękna. Co ważne, to nie jest to współczesne piękno poprawiane do znudzenia by wszystko było idealne. To piękno naturalne, które oparte jest nie na dążeniu do absolutnej doskonałości, ale raczej na tych drobnych niedoskonałych elementach, które podkreślają wyjątkowość twarzy i niepowtarzalność urody. Z resztą film ten aż roi się od niezwykle pięknych ludzi, choć – co ciekawe, najlepsze role grają tu niekoniecznie młodzi i piękni. Gary Oldman, który pojawia się na chwilę w roli pisarza alkoholika, jest fantastyczny w tej niewielkiej rólce. To człowiek pełen pogardy do samego siebie, ale też czułości wobec piękna świata wokół siebie. Jak to bywa u Oldmana, może wpaść do filmu na chwilę, ale nie można go w nim przegapić. Absolutnie fantastyczny jest Peppe Lanzetta jako kardynał Tesorone, który uwodzi naszą bohaterkę. Cały ten segment filmu to doskonały przykład, jak można wykorzystać w pełni ekranową charyzmę aktora. Choć cała sytuacja powinna odrzucać i nas i bohaterkę to pod koniec rozumiemy czemu dała się uwieść.
Przyznam szczerze, że choć rozumiem, dlaczego produkcja nie ma dobrych recenzji i wiele osób uważa ją za mniej udany film Sorrentino, to mnie osobiście uwiodła. Chyba lubię, gdy reżyser nie zważa na mnie jako na widza, nie próbuje mi się przypodobać, czy nawet wyjaśnić, dlaczego podejmuje konkretne decyzje tylko po prostu pokazuje to co chce pokazać. Oglądając film nie raz miałam poczucie, że jestem tu tylko gościem w świecie wspomnień, refleksji i sentymentów reżysera. Ale jest w tym coś odświeżającego, zwłaszcza gdy porównam to z kinematografią amerykańską, która bardzo chce żebyśmy ją na pewno zrozumieli. Co oznacza, że często brakuje jej takiej swobody, która pozwala opowiadać historię bez oglądania się na widza. Nie znaczy to, że nowa produkcja Sorrentino jest jakaś niesamowicie wybitna, ale niewątpliwie dobrze się ją ogląda, nawet jeśli nie wszystko się rozumie. I to jest trochę coś czego pragnę w kinematografii. Niekoniecznie musi mi wybrzmieć każda metafora, czy muszę zrozumieć każde kulturowe nawiązanie, ale pragnę pewności siebie twórcy i jego szczerości. To w „Bogini Partenope” znajduję, nawet jeśli nie każda scena jest równie udana. Bo to właśnie jest kinematografia, o której myślę i która mnie nie opuszcza. Kto wie, może to właśnie Włosi mają serce do mojej filmowej wyobraźni, a może to tylko Sorrentino.
PS: To niesamowite ile bohaterowie tego filmu palą. Dopiero kiedy ogląda się film gdzie nikt nie pojawia się bez papierosa w ręku człowiek sobie uświadamia jak bardzo amerykańska kinematografia odeszła od pokazywania palenia. U Włochów wszyscy palą jakby jutra nie było.