Scott McTominay: Serie A nie dorównuje Premier League? Ludzie muszą być ostrożni w takich osądach

Scott McTominay opiera się na krześle. Jego oczy są szeroko otwarte, a głos nagle wypełnia się uczuciem. Przeprowadzanie wywiadu z...

Kwi 3, 2025 - 13:38
 0
Scott McTominay: Serie A nie dorównuje Premier League? Ludzie muszą być ostrożni w takich osądach

Scott McTominay opiera się na krześle. Jego oczy są szeroko otwarte, a głos nagle wypełnia się uczuciem. Przeprowadzanie wywiadu z aktywnym piłkarzem jest, częściej niż rzadziej, pewnym wyzwaniem – pisze Rory Smith w swoim artykule dla The Athletic.

Treść oryginalna

Zazwyczaj są wprowadzani do pomieszczenia bez okien, przedstawiani zupełnie obcej osobie i proszeni o rozmowę przez 15 do 45 minut. Aby pomóc im w tym procesie, zadaje się im serię pytań dociekliwych i/lub naprowadzających, na które większość z nich (słusznie) nie chce odpowiadać. To zdecydowanie nie jest problem McTominaya. 

28-latek emanuje energią, zapałem i zaraźliwym entuzjazmem, gdy opowiada o Neapolu, o Włoszech, o nieco nieoczekiwanym obrocie wydarzeń, jakie przeszło jego życie zeszłego lata. Oczywiście, Szkot nie jest pierwszą osobą, która odkryła, że życie w Neapolu jest nieco bardziej żywe i trochę bardziej pełne życia, niż gdzie indziej. Miasto, od co najmniej dwóch tysięcy lat jest miejscem, do którego ludzie przyjeżdżają, aby poczuć się jak nowonarodzeni.

Jeśli kiedykolwiek istniała jakakolwiek gorycz w bezpośrednim następstwie jego odejścia z Manchesteru United, jakiekolwiek poczucie urazy lub żalu, to już minęła i nie pozostawiła śladu. McTominay nie unika wypowiadania się o swoim czasie spędzonym na Old Trafford, ale nie sprawia też wrażenia, że ​​odejście pozostawiło bliznę.

Zamiast tego, z uderzającym spokojem i nieskrępowaną szczerością wspomina lata, w których kształtował swój potencjał. Bez wątpienia wie, że wielu może czuć, że nie był doceniany tak, jak mógłby być: z pewnością przez jednego lub dwóch menedżerów, których spotkał, a być może także przez kilku fanów.

Ale on podchodzi do tego wszystkiego z optymizmem. Jest coś w nowoczesnym Manchesterze United, w tym klubie, który z niecierpliwością wyczekuje na jaśniejsze, lepsze jutro, co infantylizuje jego wychowanków. Jesse Lingard i Marcus Rashford wciąż byli uważani za obiecujących zawodników, nawet gdy przekroczyli 20 lat. 

Coś podobnego przydarzyło się McTominayowi. Kiedy odszedł, wydawało się, że Manchester United sprzedaje – prawdopodobnie po to, aby pomóc w przestrzeganiu przepisów finansowych Premier League – jeden z klejnotów Akademii klubu. Miał wówczas 27 lat. Dziewięć miesięcy później wydaje się to absurdalne. 

Pomocnik nosi teraz w sobie aurę doświadczonego profesjonalisty, doświadczonego międzynarodowego piłkarza, kogoś, kto widział i zrobił wystarczająco dużo, aby wiedzieć, że kariery zazwyczaj nie przebiegają w linii prostej, że są zakręty i objazdy, że niezwykle rzadko zdarza się, aby ktokolwiek miał to, co on nazywa „idealną ścieżką”. Kiedy sugeruje, że został „źle sprofilowany” na początku swojej kariery w Manchesteru United, nie robi tego ze złością.

– Kiedy wszedłem do pierwszej drużyny, byłem zupełnie źle sprofilowany pod względem tego, gdzie gram. To nie była wina trenerów. Moją mocną stroną zawsze było wchodzenie w pole karne, strzelanie goli i stwarzanie tam problemów. Za to byłem wykorzystywany jako numer 6 lub jako środkowy obrońca, a to nigdy nie było moją grą.

– Ale kiedy grasz dla Manchesteru United i masz 20 lat, nie możesz zapukać do drzwi menedżera i powiedzieć, że oczekujesz gry na pozycji numer 8 przed Paulem Pogbą. To nierealne. Musisz znać swoje miejsce i robić to, o co cię proszą. W ciągu ostatnich kilku sezonów zacząłem częściej wchodzić w pole karne i zdobywać więcej bramek, a poprzedni rok był najlepszy w moim wykonaniu.

Nie ma też żalu, że znacznie częściej niż inni musiał udowadniać swoją wartość, aby zdobyć miejsce w zespole. Niejednokrotnie był ofiarą niekończącego się cyklu odbudowy Manchesteru United. Kiedy nadchodziło lato, a zaraz po nim transfer błyskotliwego nowego nabytku, którego rolą było w rzeczywistości ponowne zepchnięcie McTominaya na dalszy plan. Najpierw był Pogba, potem Christian Eriksen, a następnie Casemiro.

– Zawsze podpisywali kontrakt z kimś, kto niekoniecznie był tym, czego ludzie się po nim spodziewali.

Po pewnym czasie ten schemat stał się znajomy: McTominay powoli, ale pewnie, odzyskiwał swoje miejsce i do grudnia znów był integralną częścią zespołu.

– Moje nastawieniem było takie, że zawsze byłem gotowy do gry, do działania i wykorzystania swojej szansy. Zawsze chciałem udowodnić swoją wartość, pokazać, że mogę grać w każdym meczu. To nie jest coś, co na mnie wpływa. Możesz kontrolować tylko to, co robisz.

Przez chwilę czuł, że cierpi na coś, co dotyka znaczny odsetek wychowanych w kraju zawodników: są skazywani na to, aby wiecznie ich porównywać do kolegi lub rywala, który został sprowadzony i ukształtowany poza klubem.

– Nie myślałem o tym w ten sposób, ale to może być prawda.

Nawet ta drobna sugestia, że mógł być oceniany surowiej, niż to było uzasadnione, nie robi na nim wrażenia.

– To Manchester United. Musisz być gotowy. Kibice nie będą tolerować nikogo, kto nie jest gotowy. Możesz zagrać 10, 40 lub 50 meczów i zostać odstawiony, tylko dlatego, że nie jesteś gotowy w danym momencie, więc musisz iść, uczyć się i doskonalić. Miałem szczęście zagrać w 250 meczach, wygrać Puchar Ligi i Puchar Anglii, ale chciałem więcej. Zawsze chcesz wygrywać.

Można rozsądnie przypuszczać, że przynajmniej częściowo jest tak trzeźwo myślący, ponieważ nie ma wątpliwości, jak bardzo jest pożądany i ceniony w Neapolu. Gdy tylko powiedziano mu, że Napoli wyraziło zainteresowane jego usługami, poczuł „natychmiastowe przyciąganie”. Zawsze starał się być „otwarty” na różne możliwości.

– W Manchesterze było trudno. Nie wiedziałem dokładnie, co się dzieje. A od razu wiesz, co to Napoli, pasja kibiców, jakość ligi.

Jeśli McTominay był kuszony przez Napoli, to było to więcej niż odwzajemnione. Antonio Conte nie miał żadnych wątpliwości co do tego, kogo sprowadza. Widział Szkota jako motor napędowy swojego środka pola, który wkracza w pole karne i sprawia kłopoty.

Co ważniejsze, widział w nim doświadczonego zawodnika. Lidera. Szatnia Napoli jest zarządzana przez włoskie triumwirat, które tworzą: Giovanni Di Lorenzo, Matteo Politano i Leonardo Spinazzola – ich koledzy z drużyny nie mogą odejść od stołu, dopóki ta trójka nie wyrazi na to zgody – ale podpisanie kontraktu z McTominayem zostało uznane za prawdziwy sukces. Po raz pierwszy w swojej karierze jest oceniany za to, kim jest, a nie za to, kim był kiedyś.

Rozkwitł z tą odpowiedzialnością. W ciągu zaledwie kilku tygodni zdobył przydomek „Braveheart”. Szczególnie na początku sezonu był głównym zagrożeniem Napoli. Strzelał bramki na San Siro, na Olimpico i przeciwko Juventusowi. 

McTominay z zapałem zaangażował się w życie we Włoszech. Jest zagorzały w swojej obronie Serie A, odrzucając to, co uważa za nieuzasadnioną krytykę – ponownie używa słowa „błędne przekonanie” – poziomu ligi.

– Ludzie muszą być ostrożni, gdy mówią, że Włochy lub Hiszpania nie dorównują Premier League. Fizycznie i taktycznie rozegrałem tutaj kilka moich najtrudniejszych meczów.

Ma lekcje włoskiego kilka razy w tygodniu i pilnie ćwiczy na różnych aplikacjach. Jego postępy można ocenić na dwa sposoby: po pierwsze, Politano mówi, że jego włoski jest „bardzo dobry”, a po drugie, czasami mówi rzeczy po angielsku w taki sam sposób, w jaki powiedziałby je Włoch.

– Zawsze chciałem nauczyć się języka. To świetna rzecz. Ważne jest, aby ludzie widzieli, że przyjmujemy ich kulturę. Miasto jest niesamowite. Jest zupełnie inne. Musimy pokazać, że zależy nam na mieście i kulturze, a także na dobrej grze.

Zrobił to na tyle dobrze, że przyznano mu najwyższy zaszczyt Neapolu: mural ze swoim wizerunkiem, wyryty na murze. Kiedy McTominay opuścił Premier League, przedstawiono to jako wielką przygodę w nieznane. W pewnym sensie tak było: przeprowadzka do innego kraju, z jakiegokolwiek powodu, wymaga odwagi. 28-latek nie sprawia wrażenia, jakby był tu przejazdem. Wygląda, jakby czuł się tu jak w domu. Jak piłkarz, który w końcu może delektować się słodyczą swojej chwili.