Łukasz Warzecha: Demokracja walcząca nie bierze jeńców. Co Francuzom zrobiła Le Pen?

Francuski są zdecydował dzisiaj, że przejmie kontrolę nad francuską demokracją w sposób, który co do skali i metody jest naśladowaniem poczynań rumuńskiego sądu konstytucyjnego. Ten, przypomnijmy, najpierw skasował wynik pierwszej tury wyborów korzystny dla Cǎlina Georgescu, a następnie odrzucił jego odwołanie od decyzji centralnej komisji wyborczej, gdy ta nie pozwoliła mu wystartować w ponowionych wyborach. […] Artykuł Łukasz Warzecha: Demokracja walcząca nie bierze jeńców. Co Francuzom zrobiła Le Pen? pochodzi z serwisu PCH24.pl.

Mar 31, 2025 - 17:04
 0
Łukasz Warzecha: Demokracja walcząca nie bierze jeńców. Co Francuzom zrobiła Le Pen?

Francuski są zdecydował dzisiaj, że przejmie kontrolę nad francuską demokracją w sposób, który co do skali i metody jest naśladowaniem poczynań rumuńskiego sądu konstytucyjnego. Ten, przypomnijmy, najpierw skasował wynik pierwszej tury wyborów korzystny dla Cǎlina Georgescu, a następnie odrzucił jego odwołanie od decyzji centralnej komisji wyborczej, gdy ta nie pozwoliła mu wystartować w ponowionych wyborach.  

W przypadku Marine Le Pen sytuacja jest podobna: o tym, czy ciesząca się ogromną popularnością liderka Zjednoczenia Narodowego zostanie prezydentem Francji, nie zdecydują wyborcy. Zdecydowała jedna osoba: pani sędzia Bénédicte de Perthuis. I jest to decyzja równie arbitralna jak ta podjęta w Rumunii (lektura orzeczenia rumuńskiego sądu konstytucyjnego w sprawie anulowania wyborów robi porażające wrażenie, nie ma tam bowiem żadnego niezbitego i konkretnego dowodu).

Pani Le Pen odpowiadała za rzekome sprzeniewierzenie ponad 4 mln euro z funduszy Parlamentu Europejskiego poprzez zatrudnianie rzekomo fikcyjnych asystentów, którzy faktycznie mieli pracować nie w PE, ale na rzecz Zjednoczenia Narodowego we Francji. Sąd twierdzi, że wykazali to prokuratorzy Republiki, którzy też domagali się natychmiastowego pozbawienia oskarżonej biernego prawa wyborczego na pięć lat. A nie było to bynajmniej obligatoryjne.

Sprawa asystentów z PE jest mocno ocenna. Szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że reguły raportowania, jakie panowały w PE jeszcze do niedawna były dość luźne. Obecnie wajcha odbiła w drugą stronę i – jak słyszę od europosłów oraz osób pracujących w Parlamencie – śruba została przykręcona aż do absurdu, ale przede wszystkim członkom grup politycznych z prawej strony.

Co jednak ważniejsze – mamy do czynienia z sytuacją nieco przypominającą decyzje PKW podjęte w Polsce wobec PiS. Faktycznie trudno zaprzeczyć, że partia Jarosława Kaczyńskiego, mówiąc najdelikatniej, miała swobodne podejście do wykorzystania publicznych pieniędzy. Problem w tym, że to niestety była norma. Można się spierać, czy w tym samym stopniu albo tymi samymi metodami, ale norma. A jednak ukarano tylko PiS.

Podobnie w PE: praca asystentów z Parlamentu Europejskiego na rzecz rodzimych formacji w kraju była normą – co potwierdzi, oczywiście bez nazwiska, każdy szczery europoseł o stażu przynajmniej dwukadencyjnym. Marine Le Pen ponosi zatem skrajnie surowe konsekwencje za coś, co było nagminnie wykorzystywane (o ile w ogóle przyjmiemy, że zarzuty są dowiedzione). Jednak tylko jej polityczna kariera zostaje brutalnie przerwana sądową interwencją. I trzeba tu podkreślić bardzo mocno: mówimy o czynie mocno mglistym. To nie jest przestępstwo pospolite. Pani Le Pen nikogo nie zabiła, nie spowodowała wypadku po pijanemu ani też nie dokonała rozboju. Postawiono jej zarzut bardzo typowy w politycznych rozgrywkach – taki, gdzie ogromnie dużo zależy od czysto uznaniowej oceny prokuratora i sędziego. Skąd my to znamy?

Co więcej, pani sędzia de Perthuis wcale nie musiała odbierać pani Le Pen biernego prawa wyborczego. Liderka Zjednoczenia Narodowego (RN) została także skazana na cztery lata pozbawienia wolności, jednak ta kara podlega apelacji – w przeciwieństwie do zakazu startu w wyborach. Nawet najbardziej skrajny polityczny rywal RN, Jean-Luc Mélenachon, przywódca skrajnej lewicy, krytykował możliwość orzeczenia tej ostatniej sankcji bez możliwości odwołania. Nie tylko zresztą on – co przytomniejsi członkowie francuskiego establishmentu również zwracali uwagę, że zamiast pogrążyć RN i jego kandydata w wyborach prezydenckich (którym teraz zostanie najpewniej młody, niespełna 30-letni Jordan Bordella), wyrok mu jedynie pomoże. Najwyraźniej jednak uprzedzenia i poglądy pani sędzi wzięły górę.

Dlaczego uprzedzenia i poglądy? Ano dlatego, że żaden sędzia, szczególnie w takiej sprawie, nie orzeka w oderwaniu od politycznego i społecznego kontekstu. Ba, nawet nie powinien. W tym wypadku pani sędzia powinna była ważyć różne racje i nie mam wątpliwości, jaka powinna wziąć górę. Nawet jeśli uznała, że wina pani Le Pen jest bezsporna (co nie jest oczywiste), to absolutnie nie musiała pozbawiać jej prawa do startu w wyborach – jako że na drugiej szali powinna była położyć prawo Francuzów do dokonania demokratycznego wyboru, o wiele ważniejsze niż arbitralnie oceniana kwestia przeznaczenia funduszy PE. Decyzję Francuzi podejmowaliby zaś, mając całą wiedzę o sprawie z przewodu sądowego.

Tu jednak mamy kolejny przykład demokracji walczącej. Trochę przypomina to praktyki firm, które nie są w stanie konkurować na wolnym rynku. W Polsce mieliśmy taką sytuację w pierwszej kadencji PiS, gdy lobby aptekarskie forsowało antyrynkową ustawę „apteka dla aptekarza”, uderzającą w sieci aptek (w tym polskie i stosunkowo niewielkie). Niezdolność do konkurowania w warunkach rynkowych powoduje, że próbuje się dojść do prawodawcy, żeby poprzez ustawę zagwarantował danej grupie pozycję dominującą. Tu podobnie: w obawie przed werdyktem obywateli trzeba sięgnąć po sąd, żeby po prostu odebrał im możliwość głosowania na konkretną, niewygodną dla establishmentu osobę. To samo mieliśmy w Rumunii.

Nie miejmy złudzeń: to samo może się zdarzyć w Polsce za półtora miesiąca lub po 1 czerwca. Demokracja walcząca nie jest broniącą się demokracją liberalną, jak chcieliby to przedstawiać jej zwolennicy. Z demokracją liberalną – jeśli taka w ogóle kiedykolwiek istniała – ta walcząca nie ma zgoła nic wspólnego. To ledwo zamaskowany zamordyzm, kryjący się za fasadą prawa. Ćwiczony w Rumunii, teraz we Francji, być może wkrótce w Niemczech. Stamtąd nadeszła dopiero co wiadomość, że sąd administracyjny w Magdeburgu (Górna Saksonia) podtrzymał decyzję o odebraniu członkom AfD – niełamiącym prawa – pozwoleń na broń tylko dlatego, że Urząd Ochrony Konstytucji uznaje Alternatywę dla Niemiec za partię „ekstremistyczną”. Zatem następuje pozbawienie części praw obywatelskich członków legalnie działającej partii politycznej. A więc de facto – pozbawienie ich praw za poglądy.

Z czym właściwie mamy do czynienia? Trudno ten ciąg zdarzeń intepretować inaczej niż jako radykalną reakcję establishmentu między innymi na wybór Donalda Trumpa, a szerzej – na rosnący opór wobec pseudodemokracji, którą nam narzucają. Częścią tego mechanizmu są niestety polscy pożyteczni idioci spoza kręgu obecnej koalicji, którzy wspierają jej skrajnie antytrumpowską narrację.

Demokracja walcząca jest w takim samym stopniu demokracją, jak była nią demokracja ludowa w czasach komunizmu.

 

Łukasz Warzecha

Artykuł Łukasz Warzecha: Demokracja walcząca nie bierze jeńców. Co Francuzom zrobiła Le Pen? pochodzi z serwisu PCH24.pl.