Kościół indyferentystów. Czy troszczymy się jeszcze o wiarę bliźnich?

Rosnąca liczba ludzi jest kompletnie niezainteresowana Bogiem. Nie obchodzi ich ani Kościół, ani Chrystus. Żyją wygodnie, akceptując fakt śmierci i nie przejmując się wiecznością. Jaką postawę przyjmiemy wobec tych ludzi? Chcemy głosić im Chrystusa – a może uznamy, że praktyczny ateizm jest ich własną drogą zbawienia? Komfort życia bez Boga W lutym 2024 roku ukazała […] Artykuł Kościół indyferentystów. Czy troszczymy się jeszcze o wiarę bliźnich? pochodzi z serwisu PCH24.pl.

Kwi 3, 2025 - 07:59
 0
Kościół indyferentystów. Czy troszczymy się jeszcze o wiarę bliźnich?

Rosnąca liczba ludzi jest kompletnie niezainteresowana Bogiem. Nie obchodzi ich ani Kościół, ani Chrystus. Żyją wygodnie, akceptując fakt śmierci i nie przejmując się wiecznością. Jaką postawę przyjmiemy wobec tych ludzi? Chcemy głosić im Chrystusa – a może uznamy, że praktyczny ateizm jest ich własną drogą zbawienia?

Komfort życia bez Boga

W lutym 2024 roku ukazała się książka socjologa i teologa pastoralnego, Jana Loffelda, która w świecie niemieckojęzycznym wywołała bardzo duży ferment intelektualny. Loffeld wykłada na Uniwersytecie w Tilburgu w Holandii. Zajmuje się sekularyzacją. Swojej książce nadał charakterystyczny tytuł: „Kiedy niczego nie brakuje, gdzie nie ma Boga. Chrześcijaństwo wobec religijnego indyferentyzmu” (niem. „Wenn nichts fehlt, wo Gott fehlt. Das Christentum vor der religiösen Indifferenz”).

Książka prezentuje obraz współczesnego społeczeństwa europejskiego, które w coraz większej mierze jest całkowicie niezainteresowane religią. Ludzie odchodzą od Kościoła czy różnych wspólnot religijnych nie dlatego, że pociąga ich ateizm, agnostycyzm albo scjentyzm. Czynią tak głównie z powodu całkowitego zobojętnienia na kwestie religijne. O ile jeszcze kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście lat temu uważano, że religijny krajobraz Europy będzie podążać w stronę pluralizmu religijnego, rzeczywistość jest inna. Religijność jest zastępowana przez obojętność. Ludzie są zadowoleni z życia bez Boga i nie odczuwają żadnej za Nim tęsknoty.

Na poziomie czystej obserwacji uwagi Loffelda, poparte badaniami socjologicznymi, mogą być w pełni prawdziwe. W takich krajach jak Holandia, Belgia czy Niemcy najpewniej jest to jeszcze bardziej widoczne, niż w Polsce; ale i u nas religijne zobojętnienie jest coraz powszechniejszą postawą.

Dzieci i młodzież wypisują się z lekcji religii, spada odsetek ochrzczonych dzieci, spada odsetek zawieranych małżeństw. Tendencje antyklerykalne są w społeczeństwie obecne i bywają podsycane przez media, ale w szerszym ujęciu nie są silne. Ludzie nie odchodzą od Kościoła ziejąc nienawiścią do Chrystusa albo księży; odchodzą, bo nie widzą sensu w praktykowaniu wiary, znajdując spełnienie psychologiczne i społeczne w codzienności budowanej bez Kościoła.

Wiarę w Boga Trójjedynego, wcielonego w Chrystusie Jezusie, rzadko zastępowana jest przez ateizm sensu stricto; nieczęstą postawą jest też świadomy agnostycyzm. Większość wyznaje pogląd, który można byłoby określić jako indyferentny deizm impersonalny. To znaczy, że uznają istnienie Boga, ale rozumianego nie jako Osoba, ale bliżej nieokreślona siła (deizm impersonalny), która z natury rzeczy niczego od nich nie oczekuje ani nie wymaga, co budzi postawę obojętności wobec przypuszczanego faktu jej istnienia (indyferentyzm).

To często ludzie pochodzący z rodzin, w których wiara katolicka była zupełnie nieobecna albo też obecna tylko w wymiarze kulturowym: do kościoła chodzono nieregularnie, przy okazji większych świąt, nie internalizując przeżycia wiary ani nie dbając o jej przekaz. W młodych ludziach wyrastających w takim dość powszechnym środowisku nie ma nienawiści do Kościoła, jest raczej niezrozumienie, znudzenie, niechęć, w sumie – całkowity brak zainteresowania. Ewentualne tęsknoty metafizyczne ludzie tego rodzaju zaspokajają immersją w świat ekstatycznej muzyki, zażywaniem środków psychodelicznych, korzystaniem ze zeuropeizowanych technik wschodniej religijności pogańskiej, jak joga. Nie martwią się o to, co będzie po śmierci, uznając, że tego dowieść nie sposób.

Choć może się wydawać, że taka obojętność wobec własnego losu wiecznego jest zaskakująca, w istocie nie musi tak być. W religijnym światopoglądzie społeczeństwa Grecji antycznej nie istniało stałe i rozbudowane pojęcie wiecznej szczęśliwości; pośmiertną egzystencję duszy porównywano do życia cienia, spodziewając się, że jest to jakaś forma marnego bytowania, stąd wychwalano życie doczesne, ubolewając nad śmiercią, ale bez próby psychologicznego czy intelektualnego jej przezwyciężenia. Człowiek rodzi się, może cieszyć się życiem, a później umiera i to koniec; to smutne, ale tak już jest. Analogiczne postawy nie były rzadkie wśród wykształconego społeczeństwa w starożytnym Egipcie, co obrazują niektóre zabytki poezji z okresu nawet dwóch tysięcy lat przed Chrystusem. Ludzkie społeczności są w stanie żyć bez nadziei na życie wieczne; wydaje się, że dzisiaj tak właśnie się dzieje.

Obserwacja Jana Loffelda, jeżeli uznać ją za trafną, nie jest zatem sama w sobie szczególnie szokująca ani nawet specjalnie ciekawa. Nie ona wywołała w przestrzeni niemieckojęzycznej dyskusję. Debata toczy się raczej nad postawą, jaką Kościół katolicki może i powinien przyjąć w obliczu upowszechniającego się indyferentyzmu religijnego.

Co ma zrobić z nimi Kościół?

W styczniu tego roku pisałem w PCh24.pl o homilii, jaką wygłosił ordynariusz diecezji Essen w Niemczech, Franz-Josef Overbeck. Essen to bardzo zsekularyzowana diecezja, pod tym względem silnie podobna do sytuacji w Holandii, którą zna bezpośrednio Jan Loffeld.
Overbeck, najwyraźniej przeczytawszy książkę tego autora, mówił właśnie o sekularyzacji oraz indyferentyzmie. „Coraz większa liczba ludzi w naszym kraju żyje bez Boga i jest to dla nich zupełnie oczywiste. Nie potrzebują religii, wiary i żadnego Kościoła, żeby być szczęśliwi i zadowoleni. Prowadzą często spełnione życie i nie są ludźmi egoistycznymi” – stwierdził wówczas Overbeck, jak widać powtarzając zasadniczą część analitycznej płaszczyzny książki Loffelda.

W samej tej obserwacji, o ile, powtarzam, uznać ją za adekwatną, nie ma nic niewłaściwego. Moje wielkie zdziwienie Overbeck wywołał wówczas raczej propozycją postawy, jaką powinien wobec tego przyjąć Kościół.

Powiedział: „Apeluję o spokój. Nie musimy prowadzić misji na całym świecie i zdobywać ludzi dla określonej formy życia kościelnego. Wszyscy ludzie są wolni i takimi pozostaną. Bóg znajdzie drogi, by wprowadzić na właściwą ścieżkę także tych, którzy nie mogą albo nie chcą w Niego wierzyć. Nasze wspólne bycie chrześcijanami i Kościołem trzeba rozumieć i przeżywać w taki sposób, że Ewangelia jest zaproszeniem dla ludzi, ale nie jest przymusem ani naciskiem. To jest to, co możemy zrobić, aby w przyszłości istniały miejsca bycia chrześcijaninem dostępne dla każdej i każdego. Zarazem jednak pozostawmy ludzkiej wolności, czy i jak zdecydują się na przygodę naśladowania Jezusa”.

W ujęciu Overbecka nie należy zatem przejmować się faktem, że coraz większa liczba ludzi nie zna Chrystusa i wcale nie jest zainteresowana tym, żeby Go poznać. Fakt upowszechniającego się ateizmu praktycznego czy też, jak nazwałem to wcześniej, indyferentnego deizmu impersonalnego, Overbeck poleca przyjąć nie tylko ze spokojem, ale nawet z pewną nadzieją, twierdząc, że taki sposób przeżywania życia może być w istocie otwarty na Chrystusa, a co za tym idzie dawać całkiem niezłą perspektywę zbawienia pomimo obojętności względem Kościoła.

Wydaje się, że również to Overbeck zaczerpnął od Loffelda; w każdym razie jego konkluzja jest analogiczna. Teolog z Tilburga pisze w swojej książce: „Uznajmy, że ludzie mogą prowadzić sensowne i szczęśliwe życie bez religii. Nie oszukujmy siebie ani innych, że jesteśmy ważni i niezastąpieni, że mamy monopol na spełnione życie. Jesteśmy tylko jedną z ofert, które kierujemy dzisiaj i prawdopodobnie będziemy nadal kierować do mniejszości w przyszłości”.

Książkę Loffelda przeczytał też znany czeski kapłan i filozof, ks. Tomasz Halik. Na łamach niemieckiego magazynu „Communio” opublikował artykuł, gdzie, wyraźnie krocząc w kierunku wskazanym przez Loffelda i podchwyconym przez Overbecka, napisał: „Fakt, że nie mamy monopolu na zbawienie, nie oznacza w żadnej mierze, że jesteśmy niepotrzebny i powinniśmy się wycofać”.

Jeżeli przyjąć, że Kościół katolicki nie posiada „monopolu na spełnione życie” ani „monopolu na zbawienie” to należałoby uznać, że „spełnienie” w życiu czy też po prostu „zbawienie” można osiągnąć również poza Kościołem. Wydaje się, że byłoby to w pełni zgodne z zasadami filozoficznego indyferentyzmu religijnego, zgodnie z którym nie ma znaczenia, jaką wyznaje się religię ani czy w ogóle się ją wyznaje, ponieważ summa summarum wszystkie życiowe drogi prowadzą do Boga, o ile tylko ukonstytuowane są w takiej przestrzeni etycznej, która w ramach społeczności światowej nie budzi większych zastrzeżeń. O ile zatem morderca uliczny mógłby być z tej przestrzeni wykluczony, to już na przykład lekarz-aborcjonista nie.

Niebezpieczeństwo indyferentyzmu doktrynalnego

Perspektywa Loffelda, która tak fascynuje Overbecka czy Halika, a która zasadza się na biernej akceptacji faktu sekularyzacji, jest, sądzę, skrajnie niebezpieczna dla Kościoła.

Rezygnacja z troski o zbawienie bliźnich wydaje się tu być doprowadzona do skrajności. Sam nasz Pan Jezus Chrystus mówi wprawdzie, że jeżeli Jego uczniowie nie zostaną w jakimś domu przyjęci ani wysłuchani, to powinni wyjść stamtąd i strząsnąć proch z nóg swoich na świadectwo dla tamtych (por. Mk 8, 10-11).

Chrystus nakazuje tu jednak podjęcie aktywnej próby nawrócenia i wycofanie się dopiero wówczas, gdy próba ta okaże się nieskuteczna ze względu na zatwardziałość nawracanych.

W ujęciu Loffelda-Overbecka mamy do czynienia z czymś innym i to na bardzo głębokim poziomie. Nie chodzi tylko o rezygnację z aktywnych wysiłków ewangelizacyjnych. Można byłoby jeszcze powiedzieć, że taka rezygnacja, sama w sobie, byłaby uzasadniona, ponieważ racjonalnie przewidujemy, że nie jesteśmy zdolni przekonać do chrześcijaństwa ludzi głęboko zanurzonych w indyferentyzm deizmie impersonalnym, toteż przekierowujemy naszą aktywność na inne kierunki, gdzie widoki na sukces ewangelizacyjny są większe. Problem w tym, że u Loffelda – a wybrzmiewa to zwłaszcza u Overbecka – odwrócenie chrześcijan od błądzących bliźnich jest głębsze. Chodzi tam przecież o akceptację niewiary drugiego człowieka i uznanie, że ma on do niej prawo nie tylko w sensie politycznym, ale wręcz ontologicznym. Proponuje się uznanie, iż jego niewiara jest – paradoksalnie – drogą wiary. W cytowanym miejscu Pisma Chrystus mówi tymczasem o strząsaniu prochu z nóg na świadectwo dla zatwardziałych, co jest wymownym znakiem negatywnej oceny tej zatwardziałości.

Innymi słowy, w modelu Chrystusa:
– podejmuje się wysiłek ewangelizacyjny z uzasadnioną nadzieją na skutek;
– jeżeli z powodu zatwardziałości wysiłek nie przynosi rezultatu, odchodzi się i negatywnie ocenia zatwardziałych.

W modelu Loffelda-Overbecka tymczasem:
– nie podejmuje się wysiłku ewangelizacyjnego, bo nie ma nadziei na skutek;
– akceptuje się zatwardziałość jako uprawnioną drogę życia.

Jak widać, oba modele różnią się drastycznie. Jako że model Chrystusa z natury rzeczy musi być właściwy, model Loffelda-Overbecka należy uznać za nieakceptowalny.

Dotyczy to w szczególny sposób punktu drugiego w obu modelach. Model Loffelda-Overbecka jest tak naprawdę modelem bliskim herezji lub wprost heretyckim. Dlaczego? W modelu Chrystusa chrześcijanin ewangelizujący nieskutecznie wyznaje jednak wiarę w konieczność ewangelizacji. Skoro podjął próbę i negatywnie ocenił jej nieskuteczność, to znaczy, że wierzy iż wiara w Chrystusa jest konieczna do zbawienia. W modelu Loffelda-Overbecka jest inaczej. Tam chrześcijanin nie ewangelizuje nie tylko dlatego, że nie widzi szansy na rezultat, ale również dlatego, że nie widzi potrzeby.

Można zatem powiedzieć, że oba modele różnią się fundamentalnie w punkcie samej wiary:

Model Chrystusa: wyznanie wiary w Chrystusa jest konieczne do zbawienia
Model Loffelda-Overbecka: wyznanie wiary w Chrystusa nie jest konieczne do zbawienia

Można bronić modelu Loffelda-Overbecka, twierdząc, że zakłada on, iż zbawienie indyferentnego deisty impersonalnego tak czy inaczej może dokonać się poprzez Chrystusa, który znajdzie swoją drogę do takiego człowieka; Overbeck zresztą wprost o tym mówił. Być może taka jest intencja obu. Wydaje się jednak, że w praktyce taką postawę trudno odróżnić od przyjęcia religijnej herezji indyferentyzmu, to znaczy przekonania, że każda droga religijna jest tak samo dobra, a to przekonanie zostało potępione przez Kościół katolicki. Trudne do wyobrażenia jest zwłaszcza przełożenie tych założeń na praktykę duszpasterską. Jak głosić utajnione działanie Chrystusa w życiu praktycznych ateistów czy indyferentnych deistów impersonalnych bez jednoczesnego komunikowania wobec świata, że sami akceptujemy indyferentyzm doktrynalny? Tego zrobić się, jak sądzę, nie da, a to oznacza, że model Loffelda-Overbecka prowadzi w konieczny sposób do praktycznego głoszenia błędu i to błędu najpoważniejszego, jakim jest transmitowanie przekonania o braku konieczności przyjęcia wiary w Chrystusa dla uzyskania zbawienia.

Co z Polską?

W Polsce z każdą chwilą będziemy coraz silniej konfrontowani z tym samym problemem, z którym konfrontują się katolicy uczestniczący w debacie niemieckojęzycznej. Warto przemyśleć drogi podejścia do problemu sekularyzacji, tak, żeby nie popełnić błędu skutkującego zdradą Chrystusa. Nie chcę oceniać intencji Loffelda, Overbecka czy Halika, które mogą być dobre.

Uważam jednak, że model reagowania obojętnością ewangelizacyjną oraz praktycznym indyferentyzmem doktrynalnym na problem rozpowszechnienia indyferentnego deizmu impersonalnego jest głęboko błędny.

Ze względu na nieomal koniecznie związane z nim wygaszanie zapału ewangelizacyjnego i niebezpieczną bliskość z herezją indyferentyzmu doktrynalnego, model ten rodzi niebezpieczeństwo zaprzeczenia misji danej Kościołowi przez Chrystusa.

Takiego niebezpieczeństwa należy tymczasem kategorycznie unikać, również w trosce o własne zbawienie.

Stąd, sądzę, konfrontując się z głęboko zeświecczonym społeczeństwem nie można zaprzestać wysiłków ewangelizacyjnych; a nade wszystko nie można uznać postawy obojętności religijnej za dopuszczalną, bo to szybko obróci się przeciwko nam. Konieczne jest podtrzymywanie wiary w niezbędność przyjęcia wiary w Chrystusa i podejmowanie prób na rzecz przekazywania tej wiary innym ludziom, nawet jeżeli są głęboko zobojętniali na problemy religijne. Nakaz misyjny Jezusa Chrystusa – „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28, 19) – jest bezwzględny i odnosi się również do narodów zsekularyzowanych. Nie wolno nam akceptować faktu sekularyzacji jako czegoś neutralnego moralnie. Sekularyzacja jest wewnętrznie zła i stąd konieczność wysiłków na rzecz ewangelizacji praktycznych ateistów współczesnego Zachodu.

Paweł Chmielewski

 

Artykuł Kościół indyferentystów. Czy troszczymy się jeszcze o wiarę bliźnich? pochodzi z serwisu PCH24.pl.