Polka opowiada, jak trafiła do szpitala w Irlandii. "Jedna rzecz byłaby w Polsce nie do pomyślenia"

– Miałam wypadek w pracy – potknęłam się o palety, które stały w niedozwolonym miejscu, upadłam na beton i złamałam rękę. Jak się później okazało, było to złamanie skomplikowane – z przemieszczeniem. Lekarze skręcili mi kości "na śruby" – wspomina Anita Chojnacka, polska kasjerka z hipermarketu w Dublinie. Opowiada nam, czym różni się opieka medyczna w Irlandii od tej, którą mamy w Polsce. – Słyszałam wiele negatywnych opinii od Polaków i Irlandczyków o tutejszej opiece medycznej. W mediach też krążyły historie o zaniedbaniach w szpitalach. Statystyki też umieszczają Irlandię na szarym końcu listy państw unijnych, jeśli chodzi o jakość opieki medycznej. Sama jednak nigdy nie narzekałam – zaczyna swoją opowieść Anita Chojnacka. Mieszka w Dublinie od 15 lat, pracuje w hipermarkecie jednej z największych irlandzkich sieci.  "Do lekarzy w Polsce już nie latam. Nawet dentystę mam w Dublinie" – Do lekarza rodzinnego można się dostać w miarę szybko, ale na badania i wizytę specjalisty czeka się w kolejce miesiącami, albo i ponad rok. Najdłużej do psychiatry i psychoterapeuty – opowiada.  W irlandzkim publicznym systemie zdrowia (HSE – Health Service Executive) podobnie jak w Polsce jest lekarz pierwszego kontaktu (GP – General Practitioner). Jednak zupełnie inaczej niż u nas, większość pacjentów musi częściowo płacić za wizytę u lekarza rodzinnego (średnio 50–70 euro za konsultację). Osoby z niskimi dochodami dostają zwykle kartę medyczną (Medical Card), która pokrywa koszty wizyt w 100 procentach.  Wielu pacjentów z powodu długich kolejek wykupuje prywatne ubezpieczenie. Rocznie to koszt 1 200–2 500 euro. Pacjenci w Irlandii muszą płacić też za wiele leków na receptę. A system Drug Payment Scheme uzależnia refundację od miesięcznych wydatków na leki i przysługuje ona do 80 euro. Bezpłatna opieka zdrowotna jest uzależniona od dochodów i limitowana. Anita ma darmową i pełną. – Nie ze względu na dochody, ale na pewne schorzenia – mówi.  "Rozcięłam łuk brwiowy. Zaczęłam krwawić jak bokser na ringu" Wypadek zdarzył się pierwszego dnia po powrocie z urlopu. – Nastrój miałam szampański. A na mojej zmianie zaczynała się przerwa. Nie chciałam zostawiać w pustej kasie zgniłego banana, którego zostawił tam klient i pobiegłam wyrzucić go na zapleczu. Potknęłam się o paletę – stała w miejscu, w którym nie miała prawa stać. Upadając na beton, podparłam się ręką. Nadgarstek nie wytrzymał. Uderzyłam też łukiem brwiowym w metalową kolumnę i zaczęłam krwawić jak pięściarz na ringu – wspomina Anita. Podbiegł do niej menadżer, a po chwili jeden z pracowników przeszkolony z udzielania pierwszej pomocy. Zakleił plastrem łuk brwiowy. Szef zadzwonił po karetkę.  – Przyjechała szybko. Peter, ratownik medyczny, był bardzo sympatyczny. Koleżanka przyniosła do karetki moje rzeczy, bo szef nie chciał, żebym w tym stanie szła do szatni – wspomina Anita. Przy okazji wypadku w pracy miała okazję zobaczyć, jak w praktyce wygląda irlandzki SOR i opieka medyczna w państwowym, a także w prywatnym szpitalu. – Karetka zabrała mnie z pracy prosto do szpitala. St James's Hospital to był państwowy szpital, uniwersytecki. Zostałam przyjęta za darmo – opowiada Anita. Gdyby nie miała ubezpieczenia, które pokrywa wszystko, za dzień pobytu w państwowym szpitalu zapłaciłaby 80 euro. "Na operację czekałam trzy dni. W końcu miałam ją w prywatnym szpitalu" RTG wykazało złamanie z przemieszczeniem. Ortopedzi próbowali ustawić kości na właściwym miejscu przed włożeniem ręki do gipsu, niestety próba się nie powiodła. Do Anity przyszedł ratownik medyczny, ten, który przywiózł ją z pracy do szpitala. Powiedział, że potrzebna będzie operacja. Zszył jej też łuk brwiowy.  – W strachu podpisałam zgodę na zabieg, bo w międzyczasie zdążyłam się już nasłuchać od innych pacjentów, że "ortopedia jest tu w fatalnym stanie". Leżałam na korytarzu i czekałam, aż zwolni się łóżko w sali. Kolejni medycy pytali: "Where are you from?" i zaczęłam się obawiać, że jakość leczenia zależy od narodowości – wspomina Anita. Czas na korytarzu się dłużył. Peter, ratownik medyczny przyniósł koc, zrolował i podłożył Anicie pod rękę.  Jakaś pani rozdawała kanapki osobom, które tak jak Anita czekały na korytarzu. – Stanowczo odmówiła mi jedzenia, mówiąc, że muszę pościć przed operacją. Ale operacja została przełożona – wspomina Anita. Po trzech dniach leżenia na korytarzu pod kroplówką i na lekach przeciwbólowych, zwolniło się łóżko i Anita trafiła do sali, która też bardziej przypominała te z seriali "Good Doctor" i "Szpital New Amsterdam" niż z niektórych polskich szpitali pamiętających PRL.  Kolejne zdjęcie RTG pokazało, że operacja potrzebna jest na cito. Terminy były odległe. Dzięki temu Anita została przeniesiona do prywatnego szpitala. – Niedawno pomoc w nagłych wypadkach zwolniono z opłat, ale w czasie, gdy miałam wypadek, tak nie było. Prywatny szpital, w którym byłam operowana, wystawił rachunek za moje leczenie, które pokrył państwowy system ochrony zdrowia – opowiada.  Był piątek. Ws

Mar 26, 2025 - 15:10
 0
Polka opowiada, jak trafiła do szpitala w Irlandii. "Jedna rzecz byłaby w Polsce nie do pomyślenia"
– Miałam wypadek w pracy – potknęłam się o palety, które stały w niedozwolonym miejscu, upadłam na beton i złamałam rękę. Jak się później okazało, było to złamanie skomplikowane – z przemieszczeniem. Lekarze skręcili mi kości "na śruby" – wspomina Anita Chojnacka, polska kasjerka z hipermarketu w Dublinie. Opowiada nam, czym różni się opieka medyczna w Irlandii od tej, którą mamy w Polsce. – Słyszałam wiele negatywnych opinii od Polaków i Irlandczyków o tutejszej opiece medycznej. W mediach też krążyły historie o zaniedbaniach w szpitalach. Statystyki też umieszczają Irlandię na szarym końcu listy państw unijnych, jeśli chodzi o jakość opieki medycznej. Sama jednak nigdy nie narzekałam – zaczyna swoją opowieść Anita Chojnacka. Mieszka w Dublinie od 15 lat, pracuje w hipermarkecie jednej z największych irlandzkich sieci.  "Do lekarzy w Polsce już nie latam. Nawet dentystę mam w Dublinie" – Do lekarza rodzinnego można się dostać w miarę szybko, ale na badania i wizytę specjalisty czeka się w kolejce miesiącami, albo i ponad rok. Najdłużej do psychiatry i psychoterapeuty – opowiada.  W irlandzkim publicznym systemie zdrowia (HSE – Health Service Executive) podobnie jak w Polsce jest lekarz pierwszego kontaktu (GP – General Practitioner). Jednak zupełnie inaczej niż u nas, większość pacjentów musi częściowo płacić za wizytę u lekarza rodzinnego (średnio 50–70 euro za konsultację). Osoby z niskimi dochodami dostają zwykle kartę medyczną (Medical Card), która pokrywa koszty wizyt w 100 procentach.  Wielu pacjentów z powodu długich kolejek wykupuje prywatne ubezpieczenie. Rocznie to koszt 1 200–2 500 euro. Pacjenci w Irlandii muszą płacić też za wiele leków na receptę. A system Drug Payment Scheme uzależnia refundację od miesięcznych wydatków na leki i przysługuje ona do 80 euro. Bezpłatna opieka zdrowotna jest uzależniona od dochodów i limitowana. Anita ma darmową i pełną. – Nie ze względu na dochody, ale na pewne schorzenia – mówi.  "Rozcięłam łuk brwiowy. Zaczęłam krwawić jak bokser na ringu" Wypadek zdarzył się pierwszego dnia po powrocie z urlopu. – Nastrój miałam szampański. A na mojej zmianie zaczynała się przerwa. Nie chciałam zostawiać w pustej kasie zgniłego banana, którego zostawił tam klient i pobiegłam wyrzucić go na zapleczu. Potknęłam się o paletę – stała w miejscu, w którym nie miała prawa stać. Upadając na beton, podparłam się ręką. Nadgarstek nie wytrzymał. Uderzyłam też łukiem brwiowym w metalową kolumnę i zaczęłam krwawić jak pięściarz na ringu – wspomina Anita. Podbiegł do niej menadżer, a po chwili jeden z pracowników przeszkolony z udzielania pierwszej pomocy. Zakleił plastrem łuk brwiowy. Szef zadzwonił po karetkę.  – Przyjechała szybko. Peter, ratownik medyczny, był bardzo sympatyczny. Koleżanka przyniosła do karetki moje rzeczy, bo szef nie chciał, żebym w tym stanie szła do szatni – wspomina Anita. Przy okazji wypadku w pracy miała okazję zobaczyć, jak w praktyce wygląda irlandzki SOR i opieka medyczna w państwowym, a także w prywatnym szpitalu. – Karetka zabrała mnie z pracy prosto do szpitala. St James's Hospital to był państwowy szpital, uniwersytecki. Zostałam przyjęta za darmo – opowiada Anita. Gdyby nie miała ubezpieczenia, które pokrywa wszystko, za dzień pobytu w państwowym szpitalu zapłaciłaby 80 euro. "Na operację czekałam trzy dni. W końcu miałam ją w prywatnym szpitalu" RTG wykazało złamanie z przemieszczeniem. Ortopedzi próbowali ustawić kości na właściwym miejscu przed włożeniem ręki do gipsu, niestety próba się nie powiodła. Do Anity przyszedł ratownik medyczny, ten, który przywiózł ją z pracy do szpitala. Powiedział, że potrzebna będzie operacja. Zszył jej też łuk brwiowy.  – W strachu podpisałam zgodę na zabieg, bo w międzyczasie zdążyłam się już nasłuchać od innych pacjentów, że "ortopedia jest tu w fatalnym stanie". Leżałam na korytarzu i czekałam, aż zwolni się łóżko w sali. Kolejni medycy pytali: "Where are you from?" i zaczęłam się obawiać, że jakość leczenia zależy od narodowości – wspomina Anita. Czas na korytarzu się dłużył. Peter, ratownik medyczny przyniósł koc, zrolował i podłożył Anicie pod rękę.  Jakaś pani rozdawała kanapki osobom, które tak jak Anita czekały na korytarzu. – Stanowczo odmówiła mi jedzenia, mówiąc, że muszę pościć przed operacją. Ale operacja została przełożona – wspomina Anita. Po trzech dniach leżenia na korytarzu pod kroplówką i na lekach przeciwbólowych, zwolniło się łóżko i Anita trafiła do sali, która też bardziej przypominała te z seriali "Good Doctor" i "Szpital New Amsterdam" niż z niektórych polskich szpitali pamiętających PRL.  Kolejne zdjęcie RTG pokazało, że operacja potrzebna jest na cito. Terminy były odległe. Dzięki temu Anita została przeniesiona do prywatnego szpitala. – Niedawno pomoc w nagłych wypadkach zwolniono z opłat, ale w czasie, gdy miałam wypadek, tak nie było. Prywatny szpital, w którym byłam operowana, wystawił rachunek za moje leczenie, które pokrył państwowy system ochrony zdrowia – opowiada.  Był piątek. Wszystko działo się błyskawicznie. – Operowali mnie tego samego dnia, w narkozie. Kilka godzin po zabiegu przyszedł lekarz, sprawdził, czy mogę ruszać palcami i powiedział, że wieczorem wychodzę do domu. Byłam zaskoczona, wciąż leżałam pod kroplówką – wspomina.  Lekarz, widząc jej oszołomienie, zaproponował, żeby została do soboty. I tak zrobiła.  – Na wypis czekałam dwie godziny. Usłyszałam, że w poniedziałek mam iść do lekarza rodzinnego po zwolnienie. Uprosiłam, by wystawili mi je w szpitalu, bo teoretycznie nazajutrz, czyli w niedzielę, miałam być w pracy – wspomina.  Po wyjściu ze szpitala wróciła pod "skrzydła" państwowej ochrony zdrowia.  – Zdarzało się, że wizyty opóźniały się o trzy godziny. A gdy sama się spóźniłam godzinę, już nie byłam przyjęta tego dnia – wspomina. Raz wizyta została odwołana, gdy już była w drodze do szpitala – z powodu choroby fizjoterapeutki. W końcu przyszedł czas wyjęcia śrub. – Już nie w tym szpitalu, w którym byłam operowana, ale w państwowym. Trafiłam na koniec długiej kolejki i usłyszałam, że będę czekać kilka miesięcy – wspomina.  Oczami wyobraźni już widziała, że "blacha zrasta się z kością i już będzie nie do usunięcia". Zaczęła więc wydzwaniać na infolinię i prosić o przyspieszenie zabiegu. – Konsultantka odradzała mi pochopne działanie i szybką operację. Zaczęłam się wykłócać i mówić, że to był wypadek w pracy – opowiada Anita. Dzięki temu znów skierowano ją do prywatnego szpitala, w którym kolejki były krótsze. Dwa tygodnie po operacji odebrała telefon z państwowego szpitala z propozycją zabiegu w szybszym terminie.  "Nie chcę być Polką na socjalu" Czternaście dni po operacji Anita zaczęła rehabilitację. Znów w państwowej poradni – za darmo. Okazało się jednak, że bezpłatna wizyta przysługuje jej tylko jedna. Rehabilitantka pokazała Anicie, jak ćwiczyć rękę w domu.  – Uprosiłam drugą wizytę. A potem poszłam jeszcze do lekarza rodzinnego i mówiłam, że może powinnam mieć jeszcze konsultację za kilka miesięcy i RTG. Powiedział, że skoro rehabilitantka tego nie zasugerowała, to nie – wspomina. Rehabilitantka zasugerowała natomiast, by Anita nie miała złudzeń, że ręka kiedykolwiek wróci do pełnej sprawności. – Droga do przejścia "na socjal" stała przede mną mnie otworem. Tym bardziej, że jak wypadek był przy pracy, łatwiej o rentę – opowiada. – W Irlandii jest ona w dwóch wariantach – didability benefit lub invalid benefit. Pierwsza pozwala na dorabianie. Bałam się, że komisja uzna mnie za całkowicie niezdolną do pracy. Wolałam nie ryzykować. Wynajmuję w Dublinie mieszkanie. Są coraz droższe, więc muszę zarabiać. W dodatku tym na zasiłkach Irlandczycy nie chcą wynajmować – mówi Anita. W Dublinie ma wielu znajomych – Polaków, którzy starają się o socjal z sukcesem i dostają nawet od państwa mieszkania.  Do pracy chciała więc wrócić od razu po wyjęciu śrub i krótkiej rehabilitacji. Lekarze mówili, że może, ale jeśli będzie to "lekka praca".  – Niestety, szef nie znalazł dla mnie żadnej "lekkiej pracy", więc zmuszona byłam spędzić na zwolnieniu pięć tygodni – wspomina. – Za to gdy już wróciłam, "wyrwałam się” z siedzenia na kasie. Po 15 latach! – opowiada. Teraz wykłada towar na półki w supermarkecie. I jest cały czas w ruchu.  Próbowała jeszcze "ogarnąć" refundowaną rehabilitację. Nie udało się. – Wybawianiem okazał się klub fitness. A koleżanka, którą w nim poznałam, zabrała mnie do parku i pokazała skuteczne ćwiczenia. Potem doszła joga – opowiada Anita. Po historii z ręką nadal korzysta z państwowej ochrony zdrowia. Tłumaczy to tak: – System jest przeciążony, ale tak jest na całym świecie. A w Dublinie właśnie weszła w państwowych przychodniach sztuczna inteligencja. W poczekalni działa system "Silver Cloud" i AI pyta cię, jak się czujesz. Gdy się nudzisz, możesz zobaczyć mini wykłady dotyczące zdrowia. A jak się wkurzysz długim czekaniem w kolejce, sztuczna inteligencja zrobi ci prowadzoną medytację.