Lewis wciąż wygrywa z czasem
Statystycznie najbardziej utytułowany kierowca wszech czasów oraz najstarszy, najbardziej zasłużony zespół Formuły 1 – takie połączenie musi budzić ogromne emocje. Szum wokół przenosin Lewisa Hamiltona do Ferrari przekroczył najśmielsze oczekiwania jeszcze przed pierwszym wspólnym startem. Pierwsze zdjęcia Hamiltona w czerwieni Scuderii biły rekordy popularności w mediach społecznościowych, co z jednej strony jeszcze bardziej podkreśla wyjątkowy charakter […]

Statystycznie najbardziej utytułowany kierowca wszech czasów oraz najstarszy, najbardziej zasłużony zespół Formuły 1 – takie połączenie musi budzić ogromne emocje. Szum wokół przenosin Lewisa Hamiltona do Ferrari przekroczył najśmielsze oczekiwania jeszcze przed pierwszym wspólnym startem.
Pierwsze zdjęcia Hamiltona w czerwieni Scuderii biły rekordy popularności w mediach społecznościowych, co z jednej strony jeszcze bardziej podkreśla wyjątkowy charakter tego transferu, a z drugiej potwierdza ogromną popularność Formuły 1 na całym świecie. Także w jego cyfrowym wydaniu, przez szereg lat zaniedbywanym przez byłego już magnata wyścigów Grand Prix, Berniego Ecclestone’a.
Teraz sędziwy twórca komercyjnej potęgi Formuły 1 niejako podaje w wątpliwość sens transferu wszech czasów, stawiając znak zapytania przede wszystkim przy sportowym potencjale tej współpracy. Kto jak kto, ale Ecclestone powinien jednak pamiętać o biznesowym aspekcie wyścigowych mistrzostw świata, a tutaj połączenie Hamilton-Ferrari działa nie tylko w wirtualnej przestrzeni.
Siedmiokrotny mistrz świata przywdział czerwony kombinezon parę tygodni temu, ale sam transfer ogłoszono i potwierdzono z dużym wyprzedzeniem, dokładnie 1 lutego zeszłego roku. Lakoniczny, jednozdaniowy oficjalny komunikat pojawił się tuż po pojawieniu się pierwszych wiarygodnych pogłosek na ten temat – co w świecie sportowych transferów zdarza się dość rzadko, zwykle mamy do czynienia z niekończącym się korowodem plotek. Takich nie brakowało przed laty, właściwie w odniesieniu do każdego czołowego kierowcy – wszak chyba każde poważne wyścigowe nazwisko bywało łączone z największą marką w wyścigowym świecie, a starty w Ferrari są na liście priorytetów każdego ambitnego zawodnika.
Wspomniane jedno zdanie wywołało falę reakcji nie tylko w motorsportowym światku. Na tę wieść zareagowała nawet nowojorska giełda. Przez 24 godziny po tym obwieszczeniu akcje Ferrari zyskały na wartości przeszło 10%. Szacunkowa wartość firmy wzrosła tym samym o niespełna siedem miliardów dolarów.
Rzecz jasna dla włoskiego producenta jest to duża inwestycja – na szczęście pensje kierowców nie wchodzą w skład rocznego limitu wydatków – ale, jak widać, wykraczająca daleko poza sportową rzeczywistość. Marketingowo Scuderia ugrała już wiele, do tego ucierając nosa rywalom z toru. Hamilton i Mercedes byli przez lata synonimem sukcesów, dominacji i doskonałości w Formule 1. Brytyjczyk przez całą karierę startował z jednostkami napędowymi spod znaku trójramiennej gwiazdy, również w pierwszych latach, gdy pierwszy mistrzowski tytuł wywalczył w barwach McLarena. Po paru chudszych sezonach, gdy do głosu doszedł Red Bull, Hamilton dał się skusić fabrycznej ekipie Mercedesa – mającej wówczas za sobą trzy lata startów w F1, bez większych sukcesów. Tyle, że nadchodziła nowa epoka w postaci wejścia hybrydowych, turbodoładowanych jednostek napędowych, a niemiecki producent doskonale się do niej przygotował.
Przez pierwsze siedem sezonów „hybrydowej” ery Hamilton zdobył sześć tytułów, przegrywając jedynie sezon 2016 z zespołowym partnerem, Nico Rosbergiem. Ta porażka też wiele go nauczyła: przekonał się, że sam talent nie wystarcza i trzeba się przyłożyć do ciężkiej pracy z zespołem. Nadal miał czas i energię na liczne zainteresowania poza wyścigami – jak moda, muzyka czy inne dyscypliny sportu – ale nie działo się to już kosztem zadań na torze czy w fabryce. Z drugiej strony dzięki tym dodatkowym aktywnościom stał się rozpoznawalną na całym świecie marką, szanowaną i docenianą także poza wyścigową bańką.
Tamta decyzja o przejściu z McLarena do Mercedesa zaszokowała wielu ekspertów, lecz szybko okazało się, iż Hamilton popisał się wyjątkowym wyczuciem. Teraz scenariusz jest do złudzenia podobny: Mercedes przeżywa kryzys i znów przegrywa z Red Bullem (ostatnio także z McLarenem i Ferrari), a w sezonie 2026 wyścigi Grand Prix znów czeka rewolucja techniczna. Poprzednie sezony w srebrnych barwach były trudne dla siedmiokrotnego mistrza świata: przegrywał nie tylko z rywalami z zewnątrz, ostatnio jego gwiazda bladła także na tle zespołowego partnera, George’a Russella. Owszem, Hamilton wciąż błyszczał wyścigowym wyczuciem, dorzucał zwycięstwa, podia i inne sukcesy, ale przede wszystkim pod względem tempa kwalifikacyjnego odstawał od młodszego rodaka. Czyżby najlepsze lata miał już za sobą?
W taką nutę uderzył w zeszłym roku Toto Wolff, szef zespołu Mercedes, wspominając o „okresie przydatności” w Formule 1, głównie w kontekście obciążeń we współczesnym świecie Grand Prix. Musiał się potem gęsto tłumaczyć, zwłaszcza że Hamilton w takich wyścigach, jak deszczowe zmagania na Silverstone – gdzie triumfował po raz dziewiąty, ustanawiając rekord wygranych na jednym torze – udowadniał, że metryka nie ma dla niego większego znaczenia. Im bliżej było rozstania, tym bardziej Wolff zmieniał narrację – twierdząc pod koniec sezonu 2024, że Mercedes nie sprostał oczekiwaniom Hamiltona i nie przygotował wystarczająco dobrego samochodu w ostatnich latach. Sam jednak nie chciał zaoferować mu kontraktu dłuższego niż roczny, chcąc mieć pole manewru do wprowadzenia do F1 kolejnego juniora, Andrei Kimiego Antonellego. Kosztem starego mistrza? Proszę bardzo, dylemat Wolffa został rozwiązany szybciej, bo Hamilton błyskawicznie dogadał się z Ferrari.
Jak na tym wyjdzie ze sportowego punktu widzenia? Nie ulega wątpliwości, że potrzebował świeżego środowiska, swoistego nowego otwarcia. Ferrari pod wodzą Frédérica Vasseura, z którym Hamilton z sukcesami współpracował w seriach juniorskich, regularnie poprawia osiągi samochodu oraz poziom organizacji pracy. Mają tam jednak młodego, dobrze już zadomowionego w zespole zawodnika, od lat kreowanego na lidera – Charles Leclerc błyszczy prędkością szczególnie w kwalifikacjach i w odpowiedniej maszynie potrafi rzucić wyzwanie mistrzom. Starcie młodego pretendenta z wielokrotnym czempionem, być może nieco znużonym stagnacją w poprzedniej ekipie, będzie fascynującym widowiskiem.
A jeśli projektanci oraz inżynierowie Ferrari wreszcie dopną swego i przygotują maszynę na poziomie ambicji, możliwości oraz historycznych sukcesów Scuderii, to Hamilton może dokonać tego, co nie udało się innym wielokrotnym mistrzom świata, trafiającym do Maranello. Ostatnim mistrzem świata w czerwonych barwach pozostaje Kimi Räikkönen, który wywalczył tytuł w sezonie 2007 – tym samym, w którym Hamilton debiutował w królowej motorsportu. Fernando Alonso czy Sebastian Vettel nie zdołali przywrócić Ferrari należnej chwały. Hamilton niczego udowadniać nie musi, ale jeśli to właśnie on zakończy długoletnią posuchę w Scuderii, to nikt już nie powinien mieć cienia wątpliwości, iż mamy do czynienia z jednym z największych kierowców wszech czasów.